Paxy

Czyli pasażerowie… ostatnio dużo podróżuje i bacznym okiem byłej stewy obserwuję pasażerów oraz załogi.

Zacznę od pasażerów. Zawsze myślałam, że najgorsi turyści i paxy to Rosjanie. Zmieniłam zdanie i Chińczycy, w tym rankingu wygrywają. Po doświadczeniach, wiem, że trzeba być dużo wcześniej na lotnisku. Ogromne kolejki, wycieczki stoją do odprawy. Zazwyczaj potrzebna mi tylko kartka pokładowa. Kiedyś stałam po nią 1,5 godz w kolejce, bo leciały ze mną wycieczki!  Pchają się strasznie, wpychają, mają mnóstwo bagaży. Nie ma żadnej kultury. Jak w dżungli! Kilka razy też zdarzyło się, że stojąc w kolejce, ktoś podchodzi i staje przede mną albo idzie na sam przód. Chińczycy nic nie powiedzą, nie zwrócą uwagi. Po prostu akceptują ten fakt
Podziwiam załogi, które muszą ogarniać chińskich paxów, a bywają  nieposłuszni! Standardem są kolejki po gorącą wodę i do wc. Nie zważają np na turbulencje czy że za 5 min lądujemy. Wstają, chodzą,  nie ogarniają, udają że nie słyszą…
Kilka razy zdarzyło się, że byłam jedynym białym człowiekiem na locie. Ja i 200 chińczyków próbują robić zdjęcia, zagadać no i się gapią nie są to komfortowe sytuacje i często trzeba udawać, że się śpi
Wracając z Shanghaju spotkała mnie bardzo miła niespodzianka, nie wiem czemu, przydzielono mi klasę biznes. Czułam się jak prawdziwy VIP i wtedy dopiero się gapili na tym też lotnisku , walczyłam jak lwica! o mój ulubiony czerwony lakier do paznokci, który chcieli mi wyrzucić. Nie odpuściłam i lakier poleciał ze mną
Teraz trochę o załogach. Cóż zawsze się zastanawiam, gdyby doszło do sytuacji awaryjnej czy chińska stewa uratowała by mi życie.?? Mam duże wątpliwości… niestety. Może ładnie wyglądają, ale ich zachowanie nie wzbudza zaufania. Poza tym Chińczycy na pewno uniemożliwi by ewakuacje. Zauważyłam, że w tłumie wariują czy w autobusie, na ulicy i dzieci w przedszkolu. Nie potrafię chyba dobrze opisać tego zachowania, ale jest specyficzne i powoduje u mnie duże poczucie zagrożenia…
Nie rozumiem też wyłączania calkwicie telefonu podczas lotu. Maja zupełnie inne priorytety niż w Europie. Np bardziej pilnowane  jest czy mam wyłączony telefon ( nie może być w trybie samolotowym) niż tego ze 5 min przed ładowaniem stoi kolejka do toalety. Kiedyś nie wytrzymałam i zapytałam stewy czy wie jak działa telefon w trybie samolotowym?! Odpowiedź była jak się spodziewałam : tak jest i koniec! Dostosuj się!  Nie ma komend, sprawdzanie kabiny przed startem czy lądowanie…tak na odwal się jest robione. Dzieci, starsi siedzą w wyjściach awaryjnych. Przejścia zastsawiane są bagażami. Chaos totalny…
Widzę dużo różnic i postaw niezgodnych z przepisami, które obowiązywały w mojej firmie i których pilnowano! Priorytetem było bezpieczeństwo…

Shanghaj

Tym razem przyszedł czas na mnie by udać się z wizytacją mam ostatni wjazd i niestety, z Chin nie mogę już wyjechać. W Szanghaju wcześniej byłam tylko na lotnisku.

Pojawiła się okazja, bo był długi weekend ,,kwietniówka” i mogłam w końcu odwiedzić Radka… spotkanie po latach
Zwiedzenie rozpoczęliśmy od Bund i spacer przy rzece. Widok piękny, pogoda była cudna. W końcu zrobiło się ciepło.  Jedyny minus to morze, a nawet ocean ludzi! W życiu chyba aż tyle tłumów nie widziałam. Wybraliśmy się rownież na stare miasto i do ogrodu Yuyuan, który niestety mocno nas rozczarował.
Od zawsze w Chinach fascynuje mnie technika i wieszanie prania, gdzie popadnie. Na starym mieście byłam pod wrażeniem i zdecydowanie ma swój urok. Małe uliczki, zwisające kable, a na nich rozwieszone pranie.
Super sprawą była możliwość korzystania z rowerów. Przejechaliśmy kawałek po francuskiej koncesji.
Na więcej nie starczyło czasu, gdyż potrzebowałam  wybrać się do fryzjera znalazłam Rosjankę, która ma swój salon. Coś czułam, że może nie być to najlepszy pomysł. Trochę się nie zrozumiałyśmy i z pierwszego efektu nie byłam zadowolona. Generalnie zostałam blondynką i spędziłam tam 6 godz !
Shanghai dla mnie jak najbardziej na plus i momentami czułam się jak w Madrycie stwierdzam też, że Xiamen to wioska

Poruszenie

Ostatnio spotkała mnie zabawna sytuacja… godna opisania

Wydarzenie miało miejsce na przystanku, podczas powrotu z pracy, do domu. W związku z remontami autobusy są opóźnione, korki i na prawdę nie chciało mi się czekać na autobus, który jedzie bezpośrednio do mnie. Postanowiłam, że się przesiądę. Zazwyczaj jadę autobusem o numerze 855. Tym razem wsiadłam do 856 i nagle słyszę krzyki: to nie Twój autobus! zły numer! Ogromne poruszenie na przystanku jedna Pani nawet złapała mnie za rękę mówię, że wiem. Ruch wstrzymany, kierowca krzyczy nie wiem co robić…wstyd mi trochę, bo wszyscy się gapią!

Rozpoznaje już ludzi na przystankach czy w autobusie… tylko jakoś rzadko ktoś zagada, czasami sie ktoś uśmiechnie i tyle. Nagle wielkie poruszenie. Poczułam się bardzo miło, że współtowarzysze czuwają bym wsiadła do dobrego autobusu… albo nie łamała rutyny

Wizytacje

W każdym semestrze z wizytacją przychodzą nauczyciele z innych przedszkoli oraz  specjalnie dla rodziców organizowany jest dzień otwarty. W tym semestrze w moim przedszkolu odbyło się spotkanie i konferencja nauczycieli z innych miast. Było to wielkie wydarzenie.

Każda z tych wizytacji jest odpowiednio przygotowywana. Wielkie sprzątanie, przycinanie trawy nożyczkami itp Wszystko zostaje wyreżyserowane i wiadomo, że nie jest, tak na prawdę u nas cudownie
Wraz z konferencją przeszli samych siebie… próby trwały 2 tygodnie! Rano zapewniono mnóstwo  rozrywek dla dzieci…zabawy, gry, kupiono specjalnie zabawki (więcej się nimi bawić nie będziemy…)muzyka z głośników …zazwyczaj siedzimy w klasie, gdy dzieci się schodzą i albo grają w piłkę, albo czytają książki. Później poranna gimnastyka. Terror i ćwiczenia każdego dnia, bo przecież musieliśmy wypaść perfekcyjnie. Pani dyrektor 3 razy zmieniała układ, bo jej się nie podobał. Nawet zostałam zmuszona wykonać przed nią gimnastykę wraz z innymi nauczycielami, taki egzamin
Później każda klasa prezentowała i bawiła sie zabawkami z recyklingu, które robiłyśmy przez 2 miesiące. Próby zabaw i demonstracje trwały także trochę czasu. Dzieci musiały być cicho, w tle piękna, relaksująca muzyka. Achhh jakie wspaniałe mamy przedszkole wizytacja  przechadzała się między klasami, robili zdjęcia, kręcili filmy. Nikt z nami nie rozmawiał. Czułam się jak na wystawie przydzielono mi angielski kącik, w którym czytałam bajki i zachęcałam dzieci do opowiadania ich własnych. Popis musiał być i wiadomo: show must go on! Dodam, że jestem dumna z moich dzieci, bo niektóre opowiadają już bajki po angielsku.
Trochę inaczej wyglada wizytacja rodziców. Prezentowane są lekcje moje i chińskiej nauczycielki. Oczywiście musi być Wow! 2 miesiące wcześniej,  moja szefowa wysyła mnie do innej klasy, abym zaprezentowała co mam zamiar zrobić. Dla moich dzieci ma być niespodzianka!
Ostatnim razem widziałam, że lekcja jej się podobała, ale taki chiński zwyczaj chyba, że do czegoś musi sie przyczepić i zmienić (czytaj zrujnować mi lekcje). Wymyślają takie rzeczy czasami, że ręce opadają. Odkąd tu pracuje nigdy nie usłyszałam pochwały, wytykane są tylko błędy albo czepiają się o jakieś bzdury że np nie tak robię skłon podczas porannej gimnastyki  doprowadza mnie do szału i cieżko z nimi prowadzić dyskusję i współpracę. Wybucham czasami niepotrzebnie, bo i tak nic się nie zmieni. Niestety!
I tak jestem w dobrej sytuacji, bo widzę jak traktowane są chińskie nauczycielki i czasami moja partnerka przychodzi po spotkaniu wkurzona i się żali. One nie mogą dyskutować ani ,,się postawić”, bo stracą prace. Mi czasami jest wszystko jedno
Aktualnie znowu trwa walka o otwieranie okien… jest zimno. Ja chodzę zamykam, ciotka chodzi otwiera i skarży na mnie. Oni kochają przeciągi i wierzą jak mi ostatnio powiedziano, że chroni  ich od chorób. U nas jest trochę inaczej. Jeśli mi jest zimno naturalnie, dużo się nie zastanawiając idę i okna zamykam… no, ale….
Po prezentacji lekcji, organizowane są gry z rodzicami lub nowością w tym roku  było wspólne robienie i  gotowanie pierogów. Po każdej wizycie rodzice wystawiają opinie. Mnie kochają…także nie zostałam wezwana na dywanik

Bangkok

Rok minął, nie wiem kiedy…z końcem wizy tzn ostatnim wjazdem, zdecydowałam wybrać się do Bangkoku. Tajwan, Hong Kong mi się znudziły

W stolicy Tajlandii spędziłam 2,5 dnia. Tym razem postanowiłam wybrać najciekawsze atrakcje i bardziej na spokojnie. Temperatury też powstrzymały mój apetyt na zwiedzanie. Gorąc niesamowity! Nie będę ukrywać, ale byłam spragniona słońca. W Chinach wciąż zimno, szaroburo i pada.

Do Bangkoku dotarłam w piątek popołudniu. Zapomniałam, że jest wciąż w żałobie. Trochę przerażajace czarne wstążki, zdjęcia zmarłego króla, kwiaty, ołtarze. W weekend mieszkańcy przychodzą pod pałac ubrani na czarno i modlą się za króla. Zwiedzanie rozpoczęłam od słynnej ulicy Kaoshan i okolic. Boże! Co tam się dzieje! Ulica rozpusty niestety, nie zachwyciła mnie specjalnie. Wcześniej czytałam, że jest wprowadzeniem do Azji i ochy, achy… ja bardziej czułam się jak w Europie. Trochę smutny widok, widząc tylu uchylanych białych, przewracających się na ulicy jak dla mnie z Azją ma to mało wspólnego i Ci przeklęci naganiacze. Masaż? Kolacja? Drink? A może skorpiona/ pająka? Na nic się nie skusiłam…

Sobotę rozpoczęłam od Wat Arun. Popływałam łódka po rzece, odwiedziłam China Town. Zawsze mnie ciekawi jak jest?! Nie zawiodłam się, Chiny w pełnym wydaniu. Masa ludzi, bałagan, stragany i chaos wszędzie. Ma swój urok. Reszta dnia została przeznaczona na leniuchowanie nad basenem Na niedziele zaplanowałam Wielki Pałac Królewski i Wat Po. Pod pałacem tłumy ludzi, ukrop niesamowity, niekończące się kolejki. Poddałam się i nie weszłam do środka. Szkoda było mi czasu. W Wat Po było już lepiej i udało mi się zobaczyć wszystko. Pózniej relaks i wieczorem na lotnisko. Wydaje mi się, że przydałby mi się jeszcze jeden dzień. Ale i tak jestem zachwycona moimi mini wakacji. Najchętniej latałabym co weekend

Bangkok mi się bardzo podoba, trochę egzotyki i trochę normalności. Przyznam się też, że zwróciłam uwagę tajskich policjantów i generalnie wszystkich mundurowych jest coś pociągającego w ich mundurach…takie ładnie dopasowane, te kolory … a z drugiej strony Biali mężczyźni w luźnych spodniach, w słoniki…nie koniecznie

BiciLove

Od dłuższego czasu, myślałam o zakupie  roweru…ale nie mam, go gdzie trzymać…i nagle w mieście pojawiły się rowery, które wypożyczamy, korzystając z aplikacji. 1 godzina, kosztuje 1 RMB. Do wyboru mamy żółte, białe, pomarańczowe i coraz więcej kolorów się pojawia. Należy  wpłacić kaucje i wysłać skan paszportu. Rowery zostawiamy, gdzie chcemy. Super pomysł! Szkoda tylko, że nie wszyscy tak uważają i nie szanują. Niektóre rowery są bardzo zniszczone. Mają podkręcane  koła, siodełka, bez kierownicy, porzucone gdzieś w kontach. Niektórzy mówią, że robi to konkurencja. Możliwe…U mnie na przykład sąsiad wymontował zabezpieczenie i jeździ za darmo. Założył swoje zabezpieczenie, pózniej rower przemalował. Można? Można!

Ja bym nawet na to nie wpadła
Pojawił się problem z pozostawianiem rowerów, gdzie popadnie. W niektórych miejscach nie pozwalają i kilkakrotnie widziałam, jak ochroniarze np. ze sklepów rzucają rowery na ulice czy w krzaki. Miasto postanowiło zrobić parkingi, ale niewiele pomogło.
Teraz trochę o jeździe na rowerze. Pisałam już kiedyś o sztuce przechodzenia przez ulice. Jeżdżąc na rowerze trzeba być prawdziwym mistrzem! Na jezdni czy ścieżkach rowerowych nie ma żadnej kultury. Zasada jest prosta: kto pierwszy, ten lepszy. Samochód w Chinach oznacza władze i pieniądze: Wszyscy z drogi, bo jadę ja i mój zajebisty samochód! Nikt nie ustąpi, oczy trzeba mieć dookoła głowy. Inni rowerzyści, czy motocykliści wjeżdżają w siebie, trąbienie i dzwonienie. Plus wiele osób nie do końca potrafi jeździć, na tych rowerach, mają problemy z koordynacją.   Piesi, oczywiście chodzą jak święte krowy, szczególnie, po ścieżkach rowerowych.  W Polsce też się zdarza, ale my przynajmniej się rozglądamy! Można dostać nerwicy i co się naprzeklinam… szczególnie  rano, bo postanowiłam dojeżdżać do pracy rowerem.
Jeszcze praktycznie całe miasto w przebudowie. Duże utrudnienia w ruchu. We wrześniu Xiamen będzie gościć prezydentów BRICS. Podobno będą nam utrudniać życie, jeśli chodzi o wizy, mieszkania, prace. Już teraz robią spis ludności, sprawdzają  meldunki. Wszędzie kontrole. U mnie w przedszkolu inspekcje, policja kilka razy w tygodniu. Obcokrajowcy sieją panikę. Mam nadzieje, że nie będzie aż tak źle, bo kończy mi się wiza.
Generalnie mam wrażenie, że miasto buduje się na nowo

Tajpei

Tajpei

Wracając z Australii zatrzymałam sie na 2 noce i 1 dzień w Tajpei, który też był moim marzeniem. Takie 2 w 1 plus wiadomo, wszystko po taniości. Z Tajpei poleciałam na Kinmen i łodzią do Xiamen. Bilet bezpośredni do Xiamen był zdecydowanie za drogi. Podróż przez Tajpei wraz z noclegiem, wyszła o połowę taniej.
Dzień intensywny, bo bardzo chciałam wszystko zobaczyć
Nie był to mój pierwszy raz na Tajwanie. Często bywam na Kinmen. Ogólne wrażenia pozytywne. Choć szczerze, po Tajpei spodziewałam sie czegoś bardziej ,,international”. Momentami wydawało mi, ze Chiny są bardziej rozwinięte.
Szczególnie, gdy wybrałam sie do banku, wymienić kasę.
Oczywiście Tajpei  jest bardziej zorganizowany i ogarnięty. Wolność internetu, kultura w komunikacji miejskiej i na ulicach, cieszy ogromnie!
P
Zwiedzanie zaczęłam od świątyni Longshan. Tłum ludzi mnie zniechęcił i spędziłam tam może 5 min następnie udałam sie pod budynek 101. Kolejną częścią programu było zdobycie szczytu. Mimo tylko 20 stopni tego dnia, upociłam się jak świnia widok oczywiście zrekompensował poty. Tutaj rownież tłumy turystów. Ludzie wspinają sie na skały, barierki, drzewa żeby zrobić jak najlepsze zdjęcia.
Kolejnym punktem było mauzoleum. Na sam koniec wycieczki zostawiłam sobie Ximending. Tam też mieścił sie mój oldschoolowy hotel, który niestety nie był dobrym  wyborem Zakupy (wiadomo kolejna niepotrzebna para butów) i trochę lokalnego jedzenia. Umęczyłam  się strasznie, ale warto było!

Perth/Australia

Ferie zimowe i chiński Nowy Rok spędziłam w Perth. Zachodnia część Australii, jedno z najbardziej odizolowanych miasto na świecie.  Australia była moim marzeniem od dawna i po pobycie jest jeszcze większym

Pojawiła się okazja, bo mieszka tam moja  koleżanka. Udało sie kupić, jak na Australię, tani bilet. Leciałam z Xiamen do Kuala Lumpur. Kilka godzin czekania i lot do Perth. Ekscytacja była niesamowita
Super rozwiązaniem jest aplikacja o wizę, wszystko załatwiamy przez internet, bez żadnych opłat. Otrzymałam wizę turystyczna na rok, każdy pobyt max 3 miesiące.
Australia ma bardzo duże restrykcje odnośnie produktów  wwożonych do kraju i ich ilości. W samolocie przed ładowaniem panowała panika. Szczególnie chińscy towarzysze podróży, opróżniali szybko torby. Zdziwieniem była rownież dezynfekowania samolotu, podobno taki wymóg. Poszedł komunikat, że mamy zakryć usta / nosy i załoga przeszła ze sprejami.
W Perth byłam 11 dni. Pierwsze wrażenia, mix Anglii, Kolumbii i Hiszpanii. Dla mnie cudownie. Wszystko wyglądało jak na filmach Życie płynie spokojnie i beztrosko. Kolega przed wyjazdem mówił, że Australijczycy żyją w ,,idealnych, zamkniętych bańkach” może i rzeczywiście trochę tak jest…  W Australii aktualnie jest lato, wiec piękna pogoda. Choć miałam pecha, bo padało przez 2 dni, akurat jak zaplanowałam plażowanie.
Wróciłam absolutnie  zakochana w oceanie i plażach, których jest od groma. Piękne, urocze zejścia, biały piasek, ogromne fale, roślinność. No i surferzy i te zachody słońca… nowe marzenie: dom z widokiem na ocean!
Zdziwieniem były bardzo huczne obchody Chińskiego Nowego Roku. Były występy, tańce, smoki, lampiony. Na budynku urzędu miasta instalacja świetlna.  Byłam pod wrażeniem! Podczas mojego pobytu obchodzony był rownież Dzień Australii. Był zaplanowany pokaz fajerwerk, który podobno robi ogromne wrażenie i wszyscy czekają bardziej niż na Nowy Rok. Niestety został odwołany, gdyż tego dnia w jeziorze rozbił się samolot i zginęły 2 osoby. Co było  zrozumiałe.
Na mieście, w parkach grille, zabawy, festyny. Ludzie odziani w flagi tudzież ozdobieni gadżetami z flagą.
W mieście, nie ma wiele do zwiedzania. Jest za to przepiękny park i ogród  botaniczny, z którego rozciąga sie widok na centrum. Do tego w pobliżu park ze zwierzętami. Miałam okazje zaprzyjaźnić się i karmić kangurki i koale. Selifie z kangurem zrobione!
Ostatniego dnia wybrałam się na wyspę  Rottnest. Niesamowite miejsce. Przepiękne zatoki, plaże. W niektórych miejscach, nie było nikogo i można było mieć plaże tylko dla siebie. Wyspę zwiedzałam na rowerze. Na początku planowałam zrobić krótko trasę i plażować, ale szybko zmieniłam plan i zrobiłam 30 km. Warto było! Jedyne czego żałuje, że nie zdecydowałam się jechać wcześniej i zostać na noc. Pomimo wysokich cen.
Tutaj dodam, że niestety Australia nie należy do najtańszych i można zbankrutować. Najdroższa destynacja. Zabrakło mi czasu i funduszy na dalsze zwiedzanie. Chciałabym do Sydney, Golden Coast. Wszystko daleko i bilety z Perth kosztowały tyle, ile moje z Chin. Tutaj szok! Taniej i szybciej było polecieć z Perth na Bali.  Koszty życia powalają i też powstrzymują mnie póki co od przeprowadzki.
Ale kto wie…

Rok Koguta

Z okazji Chińskiego Nowego  Roku, każdego roku ;) moja  huta organizuje bal noworoczny. Spotykają się wszystkie oddziały na uroczysty lunch.
Jest to bardzo ważne wydarzenie. Każde przedszkole (nauczyciele) musi się zaprezentować. W moim przedszkolu próby trwały miesiąc. Może być taniec, piosenka, przedstawienie. W tamtym roku, nawet ja musiałam brać udział w tym cyrku;) W tym roku mi odpuścili. Bywa zabawnie, ale rownież dziwnie się patrzy na dorosłych ludzi, którzy zachowują się jak dzieci ;) Wielką niespodzianką, w tym roku, był taniec wielkich  szefów! Zaskoczyli. Publika oszalała.
Najlepszym punktem programu jest loteria, w której wręczane są czerwone koperty, pięknie ozdobione na złoto. Chińska  noworoczna tradycja. Każdy pracownik dostaje bilet i wybiera kolor pudełka. Postawiłam na mój ulubiony  kolor, czerwony. Następnie główny szef, losuje kwoty dla danego koloru oraz ilość kopert. Czerwony otrzymał największą, 500 RMB i chyba 20 kopert.  Tutaj chciałam dodać, że nigdy nic nie wygrałam i poszłam z ogromną nadzieją. Tym bardziej, że kasa była potrzebna na wakacje. Losowanie było między występami…gdy usłyszałam mój numer i imię mało nie zemdlałam ze szczęścia
2017 jest rokiem ognistego Koguta i dla mnie zaczął się wspaniale!

Badania medyczne

Moja huta, raz w roku, wysyła pracowników na badania kontrolne. W tym roku i mi kazano się przebadać. Nikt dokładnie nie powiedział jakie badanie. Wiedziałam tylko, w którym szpitalu. Na miejscu jak zawsze niespodzianka i wiele zaskoczeń ;) Jako pierwsze badanie ciśnienia, pózniej ogólne badanie lekarskie. W jednym pokoju kilku lekarzy i około sto kobiet, każda grzecznie czekała. Trzeba było się położyć na łożku, a zapomniałam dodać, że nie było parawanów czy zasłon wszyscy, wszystko widzieli. Takie show ;) osłuchiwania, badanie brzucha i zaglądanie do majtek! Nie wiem, co ma to na celu? Przypomniało mi się, gdy dzieci miały podobne badanie, robiono dokładnie to samo. Lekarz odchyla majtki, zagłada i tyle. Moje zdziwienie i pytania: po co to? Na nic się zdały. Wciąż nie znam odpowiedzi. Pózniej było już tylko ciekawiej. Nadszedł czas na badanie ginekologiczne! Pamiętam wizytę w szpitalu, u laryngologa, gdy miałam anginę. Wszyscy wchodzili do środka, zaglądając mi do gardła. Wtedy zaczęłam się zastanawiać jak wygląda badanie u ginekologa?! Oczywiście dla żartów było mówione, że pewnie każdy wchodzi i zagląda… niestety żarty się skończyły i okazało sie być prawdą! Kierowane byłyśmy: zamężna – niezamężna. Podobno sytuacja: kilka kobiet w pokoju, jedna się kładzie…dodam, że na normalnym łożku. Był prowizoryczny parawan. Ale i tak wszystko widać. Zero prywatności. Tutaj nie odpuściłam i powiedziałam, że się rozbiorę!!!! jak zasłonią parawan i pozostałe kobiety odejdą od łóżka,owszem. Moje myśli: to się nie dzieje na prawdę!!! Przyszła Chinka, która pracuje u mnie w przedszkolu. Tłumacząc mi, że jest duża kolejka, po co utrudniam :) i przecież są same kobiety… Pani doktor okazała zrozumienie i kazała zasłonić parawan. Leżąc na łożku głośno mówiłam: to nie dzieje sie na prawdę! To jest dokładnie ten moment, w którym się czeka, aż ktoś wyskoczy i powie: uśmiechnij się jesteś w ukrytej kamerze! Podczas expresowego badania, został pobrany tak zwany materiał, który wręczono mi do ręki! Szkiełko plus pojemnik z patyczkiem. Z 3 piętra,kazano udać na się na 1. Po korytarzach i schodach przechadzały się inne kobiety z materiałem do badania. Uśmiechając się i pozdrawiając….Mnie ogarnęło uczucie totalnej niemocy i dziwnego zażenowania. Ale posłusznie z materiałem, udałam się do laboratorium, gdzie podałam Panu materiał do badania. Sprawdził pod mikroskopem, napisał coś na karcie i wyrzucił próbki do śmietnika. Ahhhhaaa!!! Następnie skierowano mnie na badanie krwi. Kilka okienek, siadamy jeden przy drugim i hurtem pobrali nam krew. Na wyniki trzeba poczekać.