Bangkok

Rok minął, nie wiem kiedy…z końcem wizy tzn ostatnim wjazdem, zdecydowałam wybrać się do Bangkoku. Tajwan, Hong Kong mi się znudziły

W stolicy Tajlandii spędziłam 2,5 dnia. Tym razem postanowiłam wybrać najciekawsze atrakcje i bardziej na spokojnie. Temperatury też powstrzymały mój apetyt na zwiedzanie. Gorąc niesamowity! Nie będę ukrywać, ale byłam spragniona słońca. W Chinach wciąż zimno, szaroburo i pada.

Do Bangkoku dotarłam w piątek popołudniu. Zapomniałam, że jest wciąż w żałobie. Trochę przerażajace czarne wstążki, zdjęcia zmarłego króla, kwiaty, ołtarze. W weekend mieszkańcy przychodzą pod pałac ubrani na czarno i modlą się za króla. Zwiedzanie rozpoczęłam od słynnej ulicy Kaoshan i okolic. Boże! Co tam się dzieje! Ulica rozpusty niestety, nie zachwyciła mnie specjalnie. Wcześniej czytałam, że jest wprowadzeniem do Azji i ochy, achy… ja bardziej czułam się jak w Europie. Trochę smutny widok, widząc tylu uchylanych białych, przewracających się na ulicy jak dla mnie z Azją ma to mało wspólnego i Ci przeklęci naganiacze. Masaż? Kolacja? Drink? A może skorpiona/ pająka? Na nic się nie skusiłam…

Sobotę rozpoczęłam od Wat Arun. Popływałam łódka po rzece, odwiedziłam China Town. Zawsze mnie ciekawi jak jest?! Nie zawiodłam się, Chiny w pełnym wydaniu. Masa ludzi, bałagan, stragany i chaos wszędzie. Ma swój urok. Reszta dnia została przeznaczona na leniuchowanie nad basenem Na niedziele zaplanowałam Wielki Pałac Królewski i Wat Po. Pod pałacem tłumy ludzi, ukrop niesamowity, niekończące się kolejki. Poddałam się i nie weszłam do środka. Szkoda było mi czasu. W Wat Po było już lepiej i udało mi się zobaczyć wszystko. Pózniej relaks i wieczorem na lotnisko. Wydaje mi się, że przydałby mi się jeszcze jeden dzień. Ale i tak jestem zachwycona moimi mini wakacji. Najchętniej latałabym co weekend

Bangkok mi się bardzo podoba, trochę egzotyki i trochę normalności. Przyznam się też, że zwróciłam uwagę tajskich policjantów i generalnie wszystkich mundurowych jest coś pociągającego w ich mundurach…takie ładnie dopasowane, te kolory … a z drugiej strony Biali mężczyźni w luźnych spodniach, w słoniki…nie koniecznie

BiciLove

Od dłuższego czasu, myślałam o zakupie  roweru…ale nie mam, go gdzie trzymać…i nagle w mieście pojawiły się rowery, które wypożyczamy, korzystając z aplikacji. 1 godzina, kosztuje 1 RMB. Do wyboru mamy żółte, białe, pomarańczowe i coraz więcej kolorów się pojawia. Należy  wpłacić kaucje i wysłać skan paszportu. Rowery zostawiamy, gdzie chcemy. Super pomysł! Szkoda tylko, że nie wszyscy tak uważają i nie szanują. Niektóre rowery są bardzo zniszczone. Mają podkręcane  koła, siodełka, bez kierownicy, porzucone gdzieś w kontach. Niektórzy mówią, że robi to konkurencja. Możliwe…U mnie na przykład sąsiad wymontował zabezpieczenie i jeździ za darmo. Założył swoje zabezpieczenie, pózniej rower przemalował. Można? Można!

Ja bym nawet na to nie wpadła
Pojawił się problem z pozostawianiem rowerów, gdzie popadnie. W niektórych miejscach nie pozwalają i kilkakrotnie widziałam, jak ochroniarze np. ze sklepów rzucają rowery na ulice czy w krzaki. Miasto postanowiło zrobić parkingi, ale niewiele pomogło.
Teraz trochę o jeździe na rowerze. Pisałam już kiedyś o sztuce przechodzenia przez ulice. Jeżdżąc na rowerze trzeba być prawdziwym mistrzem! Na jezdni czy ścieżkach rowerowych nie ma żadnej kultury. Zasada jest prosta: kto pierwszy, ten lepszy. Samochód w Chinach oznacza władze i pieniądze: Wszyscy z drogi, bo jadę ja i mój zajebisty samochód! Nikt nie ustąpi, oczy trzeba mieć dookoła głowy. Inni rowerzyści, czy motocykliści wjeżdżają w siebie, trąbienie i dzwonienie. Plus wiele osób nie do końca potrafi jeździć, na tych rowerach, mają problemy z koordynacją.   Piesi, oczywiście chodzą jak święte krowy, szczególnie, po ścieżkach rowerowych.  W Polsce też się zdarza, ale my przynajmniej się rozglądamy! Można dostać nerwicy i co się naprzeklinam… szczególnie  rano, bo postanowiłam dojeżdżać do pracy rowerem.
Jeszcze praktycznie całe miasto w przebudowie. Duże utrudnienia w ruchu. We wrześniu Xiamen będzie gościć prezydentów BRICS. Podobno będą nam utrudniać życie, jeśli chodzi o wizy, mieszkania, prace. Już teraz robią spis ludności, sprawdzają  meldunki. Wszędzie kontrole. U mnie w przedszkolu inspekcje, policja kilka razy w tygodniu. Obcokrajowcy sieją panikę. Mam nadzieje, że nie będzie aż tak źle, bo kończy mi się wiza.
Generalnie mam wrażenie, że miasto buduje się na nowo